środa, 14 stycznia 2015

Dzień po

  A więc znów zaszumiało w mediach. Wielki skandal, pigułka "dzień po" bez recepty!
  Społeczeństwo się dzieli - jak zazwyczaj - na ludzi za i przeciw.
  A według mnie pojawił się kolejny spór o nic.
  Faktycznie, podjęcie takiej decyzji tak nagle, zasadniczo bez konsultacji z narodem było niezbyt mądrym posunięciem - ale wcale nie o to rozgrywa się spór.
  Tylko o coś, co ja uważam za sprawy czysto osobiste.
  Na rynku było i będzie wiele rzeczy, które były i będą potępiane przez część społeczeństwa. Tego jest mnóstwo; papierosy, alkohol, narkotyki, środki antykoncepcyjne... Ta owa część społeczeństwa zawzięcie krzyczy: "zakazać tego!", w ogóle nie myśląc, czy jest jakiś sens.
  W końcu same czasy prohibicji nie sprawiły, że ludzie przestali pić - spowodowało jedynie więcej trudności ze zdobyciem środków. A to nie to samo, co zupełne wyplenienie. Po prostu trzeba było nauczyć się kombinować, a kto nie chciał, ten nie pił.
  A zatem jaki sens jest się udzielać i tak linczować coś, z czego wcale nie trzeba korzystać? Skoro uważają to za coś złego, to po prostu tego nie stosują. Ale to przeciwnikom oczywiście nie wystarczy - muszą utrudnić poczynienie takiego kroku osobie, która podjęła taką decyzję.
  Ot i ciekawa mentalność.
  Żałosny spór o nic, gdyż uważam, że coś, co powinno należeć do spraw osobistych jest roztrząsane przez ludzi, którzy wcale nie muszą się znaleźć w takiej sytuacji.
  Sądzę jednak, iż lepszy jest łatwiejszy dostęp do "antykoncepcji awaryjnej" niż wyrzucanie później noworodków przez nieodpowiedzialnych, często za młodych rodziców na śmietnik.

  Dalej... cóż, zabawnym faktem jest to, iż równie zażarcie walczą przeciw temu mężczyźni, z grubsza niezaznajomieni z tematem. Panowie, czasem chyba sobie nie zdajecie sprawy, że ciąża w większym stopniu udziela się kobietom. W końcu to nie Wy musicie nosić w brzuchu dziecko przez dziewięć miesięcy, dbać o siebie, regularnie się badać itp. itd. I, niestety, zdarza się, iż panowie po prostu nie czują się w obowiązku wziąć na siebie taką odpowiedzialność (a i zdarza się tak z drugiej strony). Tak czy siak, ciąża to większe brzemię dla kobiety, i to powinna być głównie jej decyzja, co chcą zrobić przy ewentualnej "wpadce". Dlaczego mają być piętnowane za swoją decyzję? Czy dalej tkwimy w epoce średniowiecza?

  Podsumowując, wszystko jest dla ludzi. Każdy podejmuje decyzję zgodną ze swoim kodeksem moralnym, a więc nie sądzę, iż roztrząsanie tego powinno odbywać się publicznie. Ja jestem za łatwiejszym dostępem do pigułki "dzień po", ale to nie znaczy, że zacznę obrzucanie osoby o innych poglądach masą argumentów, dlaczego mam zdanie takie a nie inne.


niedziela, 11 stycznia 2015

...a teraz Hamburg?!

"Podpalenie w redakcji niemieckiej gazety z przedrukami z "Charlie Hebdo"

Chyba komentarze są zbędne...

środa, 7 stycznia 2015

I jak tu być tolerancyjnym?

  Wbijam sobie, jak co dzień, na kompa, włączam przeglądarkę, mimochodem klikam w portale z wiadomościami czy też pocztę....I widzę...
  "Terroryści zabili czterech najsławniejszych francuskich rysowników!"
  lub:
  "Tragedia we Francji. Oficjalny bilans zamachu".
  albo:
  "Francja. Żałoba po zamachu"
  I myślę sobie: "Cóż to znów wstrząsnęło Internetem?". Klikam więc w jeden z tym podobnych artykułów i chwilę później zbieram szczękę z podłogi.
  
fot. Onet.pl

   I jak tu być tolerancyjnym? No, jak?
  Żyję w jednym z najmniej tolerancyjnych miast, co zresztą nie uważam za zaletę reprezentującą rodzinne strony, ale w takich chwilach naprawdę dochodzę do wniosku, iż czasem ci nietolerancyjni mogą mieć w swoich przekonaniach źdźbło prawdy. Bo większość nakleja sobie obecnie na twarz sztuczny uśmiech i woła do wszystkich: "witajcie, witajcie", ale robi to bez rozumu. Potępia z miejsca tych o innych poglądach, pogardliwie określając ich jako ciemnotę, nawet nie myśląc, dlaczego mają takie podejście.
  Osobiście uważam, że mniejszości, które przebywają w obcym kraju, powinny liczyć się z tym, że muszą postępować wobec odmiennego prawa, a nie narzucać im swoje oczekiwania, w przeciwnym wypadku nazywając "nietolerancyjnymi".
  A skoro Muzułmanie domagają się praw i większego respektowania prawa Szariatu przebywając w cudzym kraju, o innym prawie i kulturze, powinni albo się do niego dostosować, albo wracać tam, gdzie prawo Koranu obowiązuje. A nie narzekać i domagać się nie wiadomo czego. To oni są tutaj gośćmi, a nie na odwrót.
  Dodatkowo tak agresywnie stosowany Dżihad, który jest ukrywany pod pretekstem religii jest czymś oburzającym i nic nie tłumaczy - a na pewno nie tutaj, w Europie, bo tutaj nazwać to można tylko przemocą.


fot. Onet.pl

niedziela, 4 stycznia 2015

Noworoczna dawka narzekania

  Spóźnione życzenia noworoczne i świąteczne; mam nadzieję, iż oba święta się udały, były spędzone w jak najprzyjemniejszym gronie, w bonusie masa prezentów a w sylwestra odbyła się najlepsza impreza 'ever' :)

  A teraz do rzeczy.
  Dziś mam dziką fantazję obsmarowania polskiej edukacji. A, tak z okazji zbliżającego się końca przerwy świątecznej.
  Polska edukacja, moim zdaniem, to totalne dno, niewypał, pomysł ludzi przekrzywionych umysłowo, z niesprawdzonymi pomysłami, którzy chcą się obowiązkowo odciąć od starszych metod nauczania. Jest niedopracowana, nieprzemyślana, z zignorowanymi efektami pracy lat poprzednich.
  Jest chujowa i żałosna.
  Zaczyna się rozjeżdżać w kluczowym punkcie: gdy 14/15 latki w III klasie gimnazjum są zmuszone decydować, kim chcą być i co chcą robić w życiu.
  Oczywiście pomocą służą nauczyciele i psychologowie, zasypują nas masą quizów, oceną swoich zdolności i aspiracji, długimi monologami i naciskaniem na zdanie: "To kładzie wielką wagę na waszą przyszłość"
  Wtedy dany rocznik, moim zdaniem, dzieli się na trzy rodzaje:
a) Wybiera szkołę ze względu na to, czego lubi się uczyć, nie wiążąc z tymi przedmiotami żadnych planów na przyszłość (pracę, studia)
b) "No, moja mama to dentystka, tata to chirurg, brat to radiolog, wszyscy na medycynie to idę na medyka, zresztą, rodzice mi kazali"
c) Pójdę gdziekolwiek, najlepiej do liceum, bo nie chcę jeszcze decydować, a w sumie to wyjebane.

  Można powiedzieć, że należałam do tej trzeciej grupy, poniekąd.
Osobiście uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby technikum, z tym że nie znalazłam w swoim mieście żadnego, które by mi odpowiadało i jednocześnie przekreśliło mi moją najbardziej ulubioną ścieżkę edukacji.
Chociaż to i tak nie powiedziane, że jest dobra, bo znam osoby, które zdały i maturę i test zawodowy na dobre oceny, a jednak nie pracują w zawodzie, którego się uczyły.

  To był pierwszy minus, który powoduje u mnie czystą irytację. Bo jak można oczekiwać od ludzi w takim wieku, że wiedzą, co chciałby robić za 5-10 lat? Są, rzecz jasna, wyjątki, niektórzy od dziecka wiedzą, kim chcieliby być. Ale nie oszukujmy się: to jest mniejszość.

  Kolejne, co mnie bardzo drażni, to te wszystkie zmiany, które powstały w szkołach. Mam tu głównie na myśli licea. A dokładniej: profile.
Niby myśl fajna, lekkie przygotowanie do danego profilu, załóżmy, medyk. Można to podsumować: po co medykowi rozszerzony polski?
Ale jednocześnie jest to ograniczenie. Zawęża nam to pole widzenia i jednocześnie utrudnia późniejszą zmianę profilu, ponieważ gdy chcesz zmienić na drugim roku klasę, to masz takie: "no, sorry. Musisz nadrobić jeden rok rozszerzeń". A jak nie chcesz zmieniać, ale chcesz zdać dodatkowo przedmiot, który nie wchodzi w rozszerzenia profilu, to mamy kolejne wzruszenie ramion i tekst "to się ucz sam w domu".

  Minusem są też bardzo częste zmiany programu edukacyjnego, ciągłe zmiany podręcznika. Edukacja jest bezpłatna, ale jak co rok około 500zł leci na podręczniki (bo części nie odkupisz od starszych klas, bo: inne podręczniki/stare wydanie/nie te wydawnictwo), 100zł na komitet, leci kasa na ochronę, na ksero (a i tak musisz dodrukowywać sobie w ciągu roku za własną kieszeń) i wiele innych. Podsumowując, leci na to zasadniczo bardzo dużo kasy. Ale nie, SAMA edukacja jest oczywiście darmowa.

  Doliczając do tego ciągłe gonienie: "Bo nie wyrabiamy się z materiałem!", czyli kolejne skracanie rzeczy zasadniczo niepotrzebnych do nauki, a które i tak muszą zostać zakute. Dlaczego rzadko kiedy na lekcjach uczymy się rzeczy przydatnych do dalszego życia? Wiemy mnóstwo niepotrzebnych, wykutych na pamięć rzeczy, znamy masę dat z historii, rozwiązywanie skomplikowanych równań z matmy, ale dlaczego dużo młodych ludzi nie wie, jak wypełnić PIT? Na w-f mamy siatkówki, koszykówki, ale dlaczego nie wiadomo, jak prawidłowo stanąć na baczność? Uczymy się historii innych państw, a historia naszego kraju jest dosyć okrojona. To dosyć smutne.

  Ogółem mamy pochrzanione systemy, nawet bez porównywania do innych krajów (o, w Skandynawii, w Niemczech, w UK.... jest lepiej!), bo wiadomo, że wszędzie są jakieś kruczki. Smutne jest jeszcze to, że często nie ma pracy w zawodzie, który uda nam się uzyskać. Tyramy w szkołach i na uczelniach, a gdy w końcu skończymy tyle lat zakuwania, pracodawcy rozkładają ręce i mówią: "Przykro nam, nie masz doświadczenia".
  Nosz kurwa mać.

niedziela, 14 grudnia 2014

Kobietki, weźmy się za siebie!

  Post zaadresowany głównie do płci pięknej. Kobietki, weźmy się za siebie!, czyli coś, co szczególnie rzuciło mi się w oczy podczas ostatniej wizyty u fryzjera.
  Przeglądałam właśnie gazetę, gdy rzuciło mi się w oczy hasło: Jak Skandynawki dbają o siebie?
Automatycznie pomyślałam, że faktycznie, fajnie byłoby poczytać o innych sposobach, ale nagle pojawił mi się wielki STOP.
  Chwila, moment.
  Dlaczego "Jak Skandynawki..."?
  A przecież mnóstwo damskich magazynów ma artykuły tego typu. Czytamy: "Wyglądać jak Francuzka: 10 porad", albo "Chcesz mieć piękne ciało? Zastosuj metodę Brazylijek!". Jest tego mnóstwo. Jednak ani razu nie trafiłam na artykuł zatytułowany: "Polki i ich sposób na siebie".
To dosyć zastanawiające. Jesteśmy rzeczywiście tak piękne, jak zachwalają nas za granicą i nie musimy dbać o siebie, czy jest jednak wręcz przeciwnie? Czy utarty stereotyp zmęczonej kobiety z dwójką dzieciaków, masą pracy, nadwagą i strasznym wyglądem okazuje się prawdą?
  Zauważyłam dosyć zabawny (albo i nie) zwyczaj: widząc zadbaną kobietę na ulicy mało która pomyśli "o, rany, jest naprawdę ładna", albo "ciekawe, jak dba o siebie". Zazwyczaj machinalnie przechodzimy do podstawowej dawki krytyki, często bardzo mylnej. Zamiast: "Hm, ma bardzo zadbane włosy", szybciej przyjdzie nam do głowy: "pewnie wydaje mnóstwo na fryzjera". Kiedy jest ładnie ubrana, nasuwa się na myśl: "Ale się odstawiła". Nie wspominam tu o różnych anomaliach, które tak królują w Internecie, bo to nie o to chodzi. Ale czy faktycznie ciężko jest dbać o siebie?
  Osobiście uważam, że to zależy od sytuacji. Wiadomo, gdy mamy do pracy/szkoły na 10.00 i cały wieczór wolny, to mamy mnóstwo czasu na przygotowania i dbanie o siebie. Ale jak tu być zadbaną, gdy trzeba wstać o piątej, zadbać o dom/rodzinę, pędzić do pracy, a później powtórka z poranka?
  Sama staram się przestrzegać kilku "żelaznych zasad", które nie są zbyt skomplikowane i czasochłonne, a mają naprawdę znaczący wpływ.

1. Makijaż obowiązkowo starty każdego wieczoru.
  I nie ma wymówek. To dla mnie podstawa, bo chyba nie umiem sobie wyobrazić poranka, w którym spoglądam w lustro i widzę maskę z "Kruka" u siebie. Nie dość, że upodabniam się do upiora, to dodatkowo katastrofalnie męczę delikatną przecież skórę twarzy. Nie ma opcji. Co wieczór makijaż jest zmywany, czy to kremem, mleczkiem/płynem do demakijażu, czy po prostu mydłem. Noc jest jednocześnie czasem, gdy nasza skóra powinna odpocząć, bo jak nie wtedy, to kiedy?
2. Latem - nawilżaj, zimą - natłuszczaj
  Nienawidzę kremowania i balsamowania. Po prostu nie cierpię. Ale to jedna z tych rzeczy, do których muszę się zmusić. Kiedyś nie zwracałam na to uwagi, jednak dostałam nauczkę: popękane, szorstkie łapki, w dodatku piekące. Nigdy więcej. Ulubione kosmetyki? Podstawa: krem Nivea, mogę zawsze i wszędzie. Ale do dłoni polecam Neutrogenę. Chyba najlepiej się u mnie sprawdza.
3. Dbaj o włosy
  Piękne włosy to chyba marzenie większości kobiet (brzmię jak z reklamy L'Oreal ;) ). I sama jestem wielką zwolenniczką zadbanej czupryny. Co zatem jest ważne, by to osiągnąć?
- Regularne podcinanie (I nie ma, że "szkoda mi kilku cm, bo hoduję), myślę, że przynajmniej raz na miesiąc, do dwóch miesięcy max. Następne na liście jest...
- Odżywianie. Bardzo ważne, a którego także nauczyłam się na błędach. Sucha szopa to masakra.
- Ograniczenie używania suszarki/lokówki/prostownicy. A już na pewno nie "podsuszanie" włosów parę minut przed wyjściem, zabójstwo dla włosów. Jestem szczęśliwą posiadaczką włosów, które nie wymagają codziennego mycia, zatem myję je wieczorem, aby same wyschły. Jednak "nieszczęśliwcom" szybko przetłuszczających się włosów polecam suszarki z chłodnym nawiewem oraz dodatkowe stosowanie preparatów ochronnych.
- Regularne czyszczenie grzebienia/szczotki. Tak. To też się brudzi :D
4. Dbanie o paznokcie
  Rozumiem, iż nie wszyscy mają możliwość stałego dbania o paznokcie (praca/brak czasu itp. itd.), a już zwłaszcza na pedicure i manicure co tydzień i sama nie jestem zwolenniczką tego typu działań (a może po prostu jestem zbyt leniwa?), ale gdy widzę niepoobcinane pazury z żałobą pod nimi to robi się mi słabo. Estetyka estetyką, ale gdzie higiena?
5. Peeling
  Również nie przepadam, ale jak mus to mus. I z niechęcią muszę zauważyć, że przynosi niezłe korzyści, zatem czasem faktycznie warto pomęczyć się tym dłużej. Raz w tygodniu to nie aż tak wielkie wyrzeczenie, jak sądzę :)
6. Regularne ćwiczenia
  Tak, jestem świadoma, że ludzie czasem nie mają czasu na w.w., ale wypisuję głównie moje 'sposoby'. Ćwiczenia poprawiają nie tylko wygląd, ale i samopoczucie, kondycję, ogólnie wydolność organizmu. Nie musi być to dwugodzinny, intensywny trening na pakierni. Ale nawet domowa gimnastyka po jakimś czasie wprowadza pozytywne zmiany :) Oczywiście w granicach możliwości, nie wszyscy mają przecież zdrowie na Chodakowską i Mel B.
7. Zbilansowana dieta
  Nie znaczy to samą eliminację z jadłospisu, co ograniczenie niezdrowego jedzenia i przywiązywania wagi do posiłku. Na dłużą metę czarna kawa i papieros na śniadanie to niezbyt zbilansowana dieta :) I mówię to ja! Ja, fanka kawy i frytek!
8. Wysypianie się
  Sama rzadko przestrzegam, tak goni czasem nawał obowiązków, ale gdy tylko nadarzy się możliwość: korzystam bez wahania. Sen jest bardzo ważny.

  Łącząc to wszystko w całość, chyba nie wyszło mi nic drastycznego. Myślę, że to drobne rzeczy, które wprowadzają pozytywne zmiany w moim życiu :) Wpływają nie tylko na wygląd, ale i samopoczucie oraz zdrowie. Czyli przyjemne z pożytecznym :)

  Takie moje osobiste podsumowanie.
P.S: Żeby nie było - zwracam się do kobiet nie dlatego, że nasi 'mięszczyźni' to same ciacha i playboye :) Ale ostatnio rzuca mi się w oczy stałe narzekanie kobiet, że faceci to szowiniści, wzrokowcy itp. itd. No, drogie panie, trochę sprawiedliwości: my też nie oglądamy się za beczkami smalcu w poplamionych koszulkach. Także to nie jest tak, że wtedy też "liczy się tylko charakter". Pozdrawiam :)

niedziela, 30 listopada 2014

O motywacji i takich tam...

Witam bardzo serdecznie.
Temat związany ze zbliżającym się okresem Adwentu i ogólnie nowego roku 2015. Większość z nas wykorzystuje takie punkty zaczepienia na rozpoczęcie zmian w swoim życiu. A chyba jedną z najczęstszych zmian jest akcja pt.
"Od [wstaw nazwę dnia] biorę się za siebie!"
I szczerze mówiąc: bardzo dobrze! żaden powód do rozpoczęcia aktywności fizycznej i ogółem dbania o siebie nie jest zły. Jeśli jest prowadzony z głową.
Blogów miałam mnóstwo, a przeczytanych wpisów nawet nie zliczę. I dlatego jestem w ciężkim szoku, jakim cudem na świecie żyją takie tępe dzidy, które biorą się za diety itp., a w dodatku to publikują.
Jeżu kolczasty.
Podsumowując, większość takich delikwentek sugeruje się kilkoma zasadami:

1. Dieta
Ale nie, nie, nie. To nie jest nic zbilansowanego czy też uzgodnionego z kimś, kto się na tym zna. Uzupełnianie białka? węglowodanów? a co to jest? Przecież liczą się tylko kalorie! Im mniej, tym lepiej! 1000kcal na dzień? jasna sprawa, ale lepiej jeszcze mniej! To nic, że osobie aktywnej fizycznie taka liczba kalorii to zdecydowanie za mało.
Żadnego pomyślunku, żadnej wiedzy na ten temat. Zamiast stopniowe ograniczanie produktów niezdrowych czy tuczących, lecimy na hop-siup. Załóżmy: w niedzielę oprawiamy kebsa, podwójne frytki, colę z dolewką, trzy czekolady i ciasteczka, ale już w poniedziałek tylko sałata, owoce, sałata. No na prawdę... aż mnie chuj strzela, gdy to czytam.
Są też maniaczki diet opublikowanych na licznych forach czy stronach dietetycznych. Wegetarianizm, Dieta Czterech Plaż itp. itd. Wszystko w porządku, tylko że z założeniami takich diet trzeba się bardzo dobrze zapoznać, znać swoje zapotrzebowania i dostosować do własnego trybu życia. Weźmy na warsztat wegetarianizm, który stał się taki popularny. Prawidłowo stosowany (czyli nie tylko wyeliminowanie ze swojej diety mięsa, ale i zastąpienie go substytutami) zapewne jest szczególnie wskazany ludziom prowadzącym siedzący tryb życia, na przykład. Ale jednocześnie może być niewystarczający ludziom pracującym fizycznie czy też aktywnie trenujących. Ale czy jakakolwiek z tych agentek weźmie to pod uwagę? nie.
Kolejna 'dietowa anomalia', która mnie wkleiła w fotel, to głodówki. No po prostu nie wierzę. Ja rozumiem, dzień oczyszczania organizmu raz na jakiś czas, ale żeby kilka razy w tygodniu i to też "za karę"? (np. "wczoraj zjadłam ciastko, jutro głodówka :<<:").
Zabawne, iż zazwyczaj komentujący piszą coś w stylu: "o, kochana, powodzenia! ja jutro też głodówka!" itp. itd. Zamiast poradzić coś, co wyjdzie na zdrowie, to same siebie nakręcają.

2. Ćwiczenia
Chyba każdy trenujący wie, iż ćwiczenia to nic od razu. Wszystko robi się stopniowo, dostosowując do siebie tempo. Ćwiczenia dzieli się na serie i powtórzenia. I powinno robić się jakiś dzień zupełnie wolny, na zregenerowanie. Z kolei na większości tych blogów widziałam zwykle same 'superserie'. 200 przysiadów na raz? 150 brzuszków? Rany!

3. Ćwiczenia to tam nic, ważniejsza dieta
Otóż nie. Ćwiczenia są bardzo ważne, chyba że chce się później mieć zwisy po kolana i skrzydła pterodaktyla zamiast tricepsów.

4. "Kochani, jestem taka gruba... na 170cm ważę 50kg..." (wymiary podane bez żadnego związku z kimkolwiek konkretnym)
Ja rozumiem, że każdy kulturysta patrząc w lustro widzi wszystko w skali "jeszcze kilka cm", ale skoro widok własnego ciała i wagi ciągle nas dołuje, a już zwłaszcza, gdy bezpodstawnie, to przypominam, iż istnieje coś takiego jak kalkulator BMI.

5. Wręcz odwrotna sytuacja. "Jestem taka gruba, na pocieszenie zjem ciastko"
Z miejsca przedstawię swoją postawę wobec takich osób: Jak macie się żalić, to lepiej zebrać dupę w troki i do roboty, bo nikt za Was tego nie zrobi! I wymówka "a bo ja mam chore...." też mnie nie przekonuje, ponieważ zwykle są to tylko wymówki leniwych ludzi. A znam przypadki osób chorych - np. na serce, którzy mają ograniczoną możliwość aktywności fizycznej, a jakoś sobie radzą i nie zmieniają się w ociekającą beczułkę smalcu i łez. Owszem,. mają o wiele ciężej, ale to nie znaczy, iż jest niemożliwe. Zasadnicza różnica. Zresztą, form aktywności jest wiele. I bardzo dużo z nich nic nie kosztuje.
Żeby było jasne: sama miałam i problemy zdrowotne i byłam grubasem, a jednak zebrałam się w sobie i jestem teraz szczupła. Czyli z mojej strony żadnej solidarności. Bo gdy widzę otyłą osobę biegnącą przez park, mam ochotę rzucić wszystko, podbiec, poklepać po ramieniu i pogratulować (nie tylko otyłych). Ale jak widzę zestawienie: dwie koleżanki, jedna szczupła z jabłkiem w dłoni, a druga gruba, z pączkiem, w dodatku żaląca się głośno, jaka jest gruba i jak bardzo chce schudnąć to mam: nope, nope, nope.

Są również i naprawdę świetne i godne polecenia blogi/strony na temat ćwiczeń,. biegania, motywacji itp., to nie tak, że pojechałam teraz po wszystkich po kolei :) Sama często zaglądam na kilka z nich i nieraz przeczytam coś bardzo interesującego.
To chyba kilka najczęściej pojawiających się wątków przewodnich. Czas na moje podsumowanie:

Każda motywacja jest dobra, każdy moment jest dobry i w gruncie rzeczy robimy to wszystko dla siebie, nie dla innych. Bo w ostatecznym rozrachunku, jeśli robimy to z głową, to wyjdzie nam to tylko na zdrowie.
Zatem zachęcam do ruszenia się sprzed kompa i zabrana się za siebie :) Sama ponownie zaczynam się ruszać (ah, dwa miesiące lenistwa) i nie ma, że boli. Będzie ciężko.Ale będzie warto :)

Żeby nie było, że panna Anarchia taka zła i niedobra, że hejtuje dookoła, trochę motywacji ode mnie:

Muzycznie!
1. Roy Jones "Can't be touched"
2. Fort Minor "Remember the name"
3. Bosski Roman, Sokół "Jak zaczynasz dzień"
4. Kanye West "Stronger"
5. Survivor "Eye of tiger"
6. Red Chot Chilli Peppers "Can't stop"
7. Professor Green "Monster"
8. Skrillex "Bangarang"
9. Skrillex "Reckless with kill the noise"
10. Eminem "Till I Colapse"

*osobiście do biegania zwykle wybieram Skrillexa, natomiast na siłkę lub w drodze na trening rock lub rap.



czwartek, 20 listopada 2014

Wygląd się nie liczy

  O, rany, błagam. Większej bujdy na kółkach nie słyszałam.
  W sumie to uwielbiam ten moment, gdy mi to ktoś mówi z twarzą wyrażającą powagę i wszelkie przekonanie o słuszności tej teorii. Chociaż niejednokrotnie przy tym odczuwam również współczucie: luźno rzucone hasełko może nie skrzywdzić tak bardzo, jak świadomość, iż owy "ktoś" kiedyś się przekona, że to nieprawda. 
  Wygląd się nie liczy.
  Serio?
  Wygląd ma bardzo istotne znaczenie. Rzekłabym, iż prawie najważniejsze. Czy wyobrażacie sobie taką sytuację:
  WERSJA DLA PANÓW: Idziecie ulicą, aż tu nagle: bum! na drodze wyrastają dwie dziewczyny. Jedna: superlaska, zgrabne nogi, kształtne biodra, tyłeczek jak się patrzy, wcięcie w talii, cycki a'la Melanie Griffith za czasów świetności, z twarzy też świetna, cudne spojrzenie i lśniące włosy. Druga: zupełnie przeciętna, rzekłabym, szarawa. Czy to nie oczywiste, do kogo najpierw się podbije? Jasne, że do Pani Numer Jeden, nawet jeśli w głowie tłucze się monolog: "JestPewnieGłupia.AleMaZajebisteCycki.PewnieMnieSpławi.Kurde.Kurde" - jeśli, oczywiście. owy dżentelmen nie stchórzy. Nie mówię tu o planowaniu całego życia z tą panią, ale tak to już jest. Gdy to okaże się niewypałem (wiadomo, zwykła blondynka - nie uwłaczając jasnowłosym paniom - czy też inne mankamenty), to podbija się do Pani Numer Dwa. Dawno zasłyszane hasło: "Z najładniejszych wybieramy najmądrzejsze" zdaje się dalej funkcjonować w naszym społeczeństwie.
  WERSJA DLA PAŃ (zapewne już nieco zirytowanych tak przedstawionemu traktowaniu kobiet). Żeby wynagrodzić pierwszeństwo panów; znajdujemy się na wakacjach, plaża, słonko, jest przyjemnie i cieplutko. Jesteśmy zadowolone z życia i myślimy nad jakimś letnim flirtem. Mamy znów dwie opcje:
a) Pan rodem ze "Słonecznego Patrolu": opalony, umięśniony, czarująco uśmiechnięty, w seksownie opinających się kąpielówkach, bardzo chętny na nowy flirt.
b) Pan wyglądający jak "typowy informatyk" (bez urazy, szanuję zdolności w tym kierunku, albowiem sama w nich jestem totalnym kołkiem!), chudy, kościsty, mysie włosy zaczesane do tyłu, dziewiczy wąsik itp. itd.
  Wniosek też jest chyba jasny, nie?

  Oczywiście to wszystko, tak jak zaznaczałam, nie odnosi się konkretnie do planowania długotrwałych związków, wszak sam wygląd to niezbyt udana recepta na "żyli długo i szczęśliwie" - później dochodzimy do wniosków, że fajne cycki to z reguły słaby materiał na poważną rozmowę, a umięśniona klata nie pocieszy, gdy nagle pojawi się kryzys. Rzecz jasna, pojawiają się i wyjątki - które, jak to się mówi, potwierdzają regułę.
  Dodam, iż wygląd to rzecz gustu: jednym podoba się taki kanon piękna, zaś drugim inny.
  Można też to wszystko przedstawić od strony biologicznej: mamy zakorzenione w umyśle, od dawien dawna, że dobry wygląd z reguły świadczy o dobrym zdrowiu, a tym samym: zapewnia przetrwanie potomstwa. Kobieta, która ma szerokie biodra i duże piersi już w prehistorii była uosobieniem matki, która może dać zdrowe potomstwo. (przykład: figurka Wenus z Willendorfu) Mężczyzna, który jest silnie zbudowany, wysoki, budzi respekt, wizualnie potwierdza kobiece pragnienie, iż zapewni bezpieczeństwo jej i dzieciom.
  Zatem można wysnuć z tego kilka wniosków:
1. Wygląd był ważny już od dawna, to nie tylko wymysł dzisiejszych czasów.
2. Na ludzi ładnych zwykle się zwraca uwagę.
3. Ładni mają w życiu łatwiej.

  Mam nadzieję, iż pierwszym 'prawdziwym' wpisem nikogo na starcie nie uraziłam: są to moje przemyślenia, i na krytykę również jestem otwarta.
Pozdrowienia,
Anika.